web analytics

Książki o Włoszech. Anna Maria Goławska

Toskania i Umbria. Przewodnik. Anna Maria Goławska
„Toskania i Umbria. Przewodnik subiektywny” Anna Maria Goławska

Toskania i Umbria. Przewodnik subiektywny

Anna Maria Goławska, Grzegorz Lindenberg

24,00 zł

Wydanie 2024, Italianna Anna Goławska
246 stron
Redakcja techniczna: Kaja Mikoszewska
ISBN 978-83-941336-3-4

Nasz przewodnik po Toskanii i Umbrii
Ponad 20 tys. sprzedanych egzemplarzy

Oto nasz najnowszy przewodnik „Toskania i Umbria. Przewodnik subiektywny”, zaktualizowany w 2024 r. Pierwszy przewodnik po Toskanii wydaliśmy w 2006 roku („Toskania. Przewodnik subiektywny”, Nowy Świat). Od tego czasu odbyliśmy wiele podróży nie tylko do Toskanii, ale i do Umbrii, Apulii, Kalabrii, Lacjum, Marche, poszerzając naszą wiedzę i doświadczenia. W 2024 roku ukazało się już ósme wydanie przewodnika („Toskania i Umbria. Przewodnik subiektywny”, Italianna), zaktualizowane i uzupełnione. Nakład papierowy jest wyczerpany, dostępny jest tylko ebook.


"Włochy. Podróż na południe" Anna Goławska
Włochy. Podróż na południe” Anna Goławska

Włochy. Podróż na południe

Anna Maria Goławska

19,00 zł

Wydanie 2010, Nowy Świat
288 stron
ISBN 978-83-956963-1-2

Gdzie zaczyna się południe? Może w rzymskim Lacjum, może już na krańcach Umbrii, w górzystej Abruzji, a może dopiero w chaotycznych Kampanii i Apulii? Ponoć „południe Włoch, jak chce tradycja, rozpoczyna się za pierwszą stacją benzynową na południe od Rzymu”. Ta opowieść narodziła się z pasji, z tęsknoty do palącego słońca i oślepiającej bieli fasad, z przyśpieszonego bicia serca na myśl o zbliżającym się dniu wyjazdu, z radości, która mnie ogarnia, gdy rusza pociąg, gdy ląduje samolot, gdy samochód pokonuje kolejne kilometry autostrady – z tych wszystkich doznań, które towarzyszą głębokim i silnym uczuciom. Jest książką o miłości.
Nakład papierowy jest wyczerpany, dostępny jest tylko ebook.


Fragmenty przewodnika „Toskania i Umbria. Przewodnik subiektywny”:

„Nie mam pojęcia, ile jest w Toskanii zabytków. Samych tylko kościołów romańskich naliczono tu ponad 4500. Podobno region posiada więcej dzieł sztuki niż jakiekolwiek państwo (tak, tak, państwo) na świecie. Z pewnością nie da się wszystkiego zobaczyć i zapamiętać, nawet gdy odwiedza się tę krainę co roku, przez wiele lat. To stanowi dodatkowy urok; zawsze znajdzie się coś, czego się jeszcze nie widziało.

Co oczywiste, Toskania jest regionem wyjątkowo turystycznym, doskonale przygotowanym dla odwiedzających. Nie ma tu miejsc nietkniętych ludzką,  niezmordowaną stopą i aparatem fotograficznym. Nikt tego jednak nie oczekuje. Według danych włoskiego Istituto Nazionale di Statistica do Toskanii przyjeżdża ponad 10 milionów turystów rocznie, w tym mniej więcej połowę stanowią Włosi i połowę turyści zagraniczni; najwięcej jest Amerykanów – ponad 500 tysięcy, Polaków – około 35 tysięcy. W całej Toskanii znajduje się około 3 tysięcy hoteli, ponad 200 kempingów, 5 tysięcy mieszkań i pokoi do wynajęcia, 4 tysiące apartamentów w gospodarstwach agroturystycznych, 42 schroniska młodzieżowe. W sumie na turystów czeka około 500 tysięcy łóżek. I to wszystko mieści się na 23 tysiącach km2, czyli na obszarze zbliżonym do powierzchni naszego województwa warmińsko-mazurskiego.

Stałych mieszkańców Toskania ma około 3,5 miliona. Guido Piovene, włoski pisarz i dziennikarz, który w latach pięćdziesiątych na zlecenie radia podróżował i opisywał Włochy, stwierdza autorytatywnie, iż Toskańczyków cechuje w pierwszym rzędzie oschłość usposobienia. (…) Toskańczyk jest daleki od gadulstwa, nie lubi odgrywać komedii ani dla zabawy, ani dla ułatwienia sobie życia. W przeciwieństwie do swoich współziomków z innych części Włoch nie tworzy mitów o sobie, a nawet ucina wszelką retorykę wokół siebie zwięzłymi słowami, a częściej jeszcze milczeniem. Jego sposób mówienia jest wstrzemięźliwy, suchy, szkicowy. Nawet gdyby dało się potwierdzić prawdziwość takiego uogólnienia lub też jej zaprzeczyć, nie leży to w mocy turysty na kilkunastodniowych wakacjach.”

_______________________________________

„Większość miejscowości leżących przy Setteponti warto odwiedzić ze względu na romańskie kościoły i średniowieczne centra, ale na szczególne względy zasługuje maleńka Gropina, położona na wzgórzu niedaleko Loro Ciuffenna. Lubię przychodzić tu z Loro pieszo, iść powoli pod górę pustą wąską szosą przez pachnący igliwiem i ziołami las. Żeby zrozumieć niezwykłość miejsca, poczuć wzruszenie na widok kapliczki i pierwszych domostw, trzeba się najpierw zmęczyć, wysilić nogi, wspinać się cierpliwie krok za krokiem. Oczywiście można wjechać samochodem, zostawić go na parkingu przy drodze i przejść tylko parę ostatnich metrów wzdłuż gaju oliwnego, ale zapewniam, że to nie będzie to samo.

Przez przesmyk pomiędzy dwoma domami wchodzi się w sam środek odległej przeszłości, nawet nie w średniowiecze, ale w czasy Longobardów. Gropina to zaledwie kilka budynków otaczających ogromną bryłę Pieve di San Pietro. Ten brak proporcji i martwa cisza sprawiają niepokojące wrażenie, ale musimy wierzyć, że niegdyś była to jedna z najważniejszych parafii w regionie Arezzo. Kościół wybudowano w XII wieku. Ma bardzo prostą kamienną fasadę, prawie bez ozdób. Wnętrze podzielone jest na trzy nawy, pod prawą zachowały się ruiny dwóch mniejszych kościołów z V-VI i VIII wieku, z których wyrósł dwunastowieczny budynek. Można je obejrzeć, jeśli akurat zastaniemy kogoś, kto nam otworzy kratę. Zwykle pieve stoi puste. Raz weszliśmy do środka i zamknęliśmy za sobą drewniane drzwi. Światło wpadało jedynie przez okna w absydzie i oszklone wejście boczne, więc wszystko pogrążyło się w półmroku, prawie w ciemnościach. Echo naszych kroków i szeptów odbijało się od ścian, snuło między kolumnami. Z kapiteli przyglądały nam się nieruchome oczy dziwacznych, potwornych stworzeń, niby-lwa, prawdziwego rycerza, niby-Chrystusa, smoków i ptaszysk. Czym prędzej wpuściłam z powrotem słońce, złudzenie bezpieczeństwa.”

„Val d’Orcia należy do najpiękniejszych regionów Toskanii. Krajobraz wypełniają ogromne pofałdowane pola pszenicy. Latem są złotawe, aż chrzęszczące od suchego upału, jesienią ziemia przeorana w szerokie skiby przybiera kolory brązowe, rude, czerwonawe. Wiją się tu blade wstążki dróg, na jednym ze stoków przysiadł gaj szarych, drobnych oliwek, a nieco dalej rząd strzelistych cyprysów wspina się łagodnym zboczem jak dziwna procesja. Kiedy się wyjrzy z Pienzy na południe – tak, właśnie wyjrzy jak z okna – można się zachłysnąć widokiem. Jeśli kiedyś oglądaliście typowy kalendarz z toskańskimi pejzażami, to znaczy, że widzieliście Val d’Orcia. W każdej takiej publikacji znajduje się przynajmniej kilka zdjęć tego podregionu. Do obiektów absolutnie obowiązkowych należy kapliczka Cappella di Vitaleta na wzniesieniu w środku pola, widoczna z drogi między Pienzą a San Quirico. Inny to kamienna farma (nie pamiętam dokładnie, gdzie się znajduje, gdzieś na południe od Pienzy), do której wiedzie wyjątkowo długa aleja obsadzona cyprysami, przypominająca ogon gigantycznej, śpiącej jaszczurki.

Im dalej na południe, tym dolina rzeki Orcia robi się bardziej dzika, bezludna i surowa. Na całym jej obszarze utworzono Parco Artistico Naturale e Culturale della Val d’Orcia dla ochrony historii, kultury i przyrody regionu. Szczególną troską otacza się krajobraz, który przetrwał od czasów odrodzenia w niemal niezmienionej postaci, znanej nam z opisów literackich oraz renesansowego malarstwa.”

___________________________________________________

Wracałem tam kilkakrotnie i zmieniłem zdanie. Tak często bywa. Pierwsze wrażenie może się zmienić. I powinno. Tak pisał Jean-Claude Carriere o pewnym mieście w Indiach, ale jego spostrzeżenie ma wydźwięk uniwersalny. Ja również zmieniłam opinię o Florencji.

Pierwsza wizyta pozostawiła mnie z mieszanymi uczuciami. Miasto niezwykle interesujące, nasycone wspaniałą sztuką, ale przy tym brudne, niemiłosiernie zatłoczone, skomercjalizowane, drogie, piekielnie męczące, wręcz ogłupiające, nie do ogarnięcia, nie do polubienia. Podawałam nawet w wątpliwość sens odwiedzania Florencji w czasie krótkiego pobytu w Toskanii. Potem nauczyłam się poznawać ją stopniowo, łykać w małych dawkach. Przyjeżdżałam na kilka godzin ze sprecyzowanym planem zobaczenia jednego muzeum, wystawy albo kościoła, realizowałam go, jadłam lody i zmykałam. Oczywiście mogłam sobie pozwolić na luksus krótkich wizyt, ponieważ mieszkałam przez kilka miesięcy w miasteczku oddalonym o godzinę drogi pociągiem. Dzięki temu oswoiłam bestię i zaakceptowałam ją. Jeśli jednak mamy do dyspozycji tylko jeden dzień, to dobry plan zwiedzania po prostu nie istnieje.”

_________________________________________________

„Pewnego lipcowego popołudnia w zamarłym od żaru miasteczku schroniliśmy się w jedynym czynnym barze, chłodzonym klimatyzacją. Właściciel wyniósł na dwór termometr i co parę minut odczytywał, jaką wysokość osiąga słupek rtęci. Quarantacinque, krzyczał do nas, quarantanove, cinquanta, cinquantaquattro (pięćdziesiąt cztery)! Potem zabrał termometr do środka z obawy, że pęknie. W takie dni słyszy się wszędzie powtarzane aż do znudzenia dwa słowa: Fa caldo! (gorąco).

Z reguły jednak w lipcu i sierpniu temperatury wynoszą około 30 stopni. Włosi mówią, że do Toskanii najlepiej przyjechać w maju, kiedy wszystko jest intensywnie zielone, ale nam podobają się i upały, i jesienne, październikowe deszcze, chłód oraz mgły. Słynne toskańskie światło, miękkie, rozproszone, idealne do fotografowania pejzaży nie zależy od pogody.”

„Toskania i Umbria. Przewodnik subiektywny”

Fragmenty książki „Włochy. Podróż na południe”:


Ta książka nie jest chronologiczną relacją z jednej podróży na południe Włoch, jest zbiorem wspomnień z kilku wyjazdów, które odbywaliśmy wspólnie i osobno, zapisem fascynacji i rozczarowań, oczekiwań i niespodzianek. Poruszaliśmy się zygzakami, zwykle bez precyzyjnych planów, z bardzo różną prędkością, wiedzeni instynktem, poradami miejscowych ludzi, dalekimi pejzażami, majaczącymi w drgającym powietrzu zarysami murów miejskich albo skał. Ta opowieść narodziła się z pasji, z tęsknoty do palącego słońca i oślepiającej bieli fasad, z przyśpieszonego bicia serca na myśl o zbliżającym się dniu wyjazdu, z radości, która mnie ogarnia, gdy rusza pociąg, gdy ląduje samolot, gdy samochód pokonuje kolejne kilometry autostrady – z tych wszystkich doznań, które towarzyszą głębokim i silnym uczuciom. Jest książką o miłości.
Gdzie zaczyna się południe? Może w rzymskim Lacjum, może już na krańcach Umbrii, w górzystej Abruzji, a może dopiero w chaotycznych Kampanii i Apulii? Przewodnik po Włoszech środkowych wydawnictwa Pascal informuje, że „południe Włoch, jak chce tradycja, rozpoczyna się za pierwszą stacją benzynową na południe od Rzymu”. Tradycja odwołująca się do stacji benzynowej nie może być zbyt stara i jako taka niespecjalnie do mnie przemawia. Szukam więc własnych granic, bardziej emocjonalnych niż geograficznych. Pamiętam moje pierwsze spotkanie z Toskanią, zwłaszcza tą widocznie i wyraźnie etruską, skalną, jaskiniową, cmentarną, pamiętam widok Pitigliano i Sorano, miasteczek częściowo wykutych w tufowych zboczach, częściowo wybudowanych na nich, ciemne kwadraty okien, które wydawały się ziać pustką, pamiętam uczucie niepokoju, wrażenie opuszczenia i wyobcowania.
Myślałam, że to już jest taka egzotyka, takie południe – magiczne słowo, które budzi dreszcz. Jednak szybko przywykłam, wchłonęłam i dałam się wchłonąć przez te widoki, przyzwyczaiłam się, że ściany budynków wyrastają ze skały, tworząc z nią jednolity organizm, że ulice są wąskie i głębokie jak wąwozy, że niebo jest wściekle lazurowe i ogromne, zaakceptowałam to wszystko jak swoje, jak moją własną przeszłość, moje pochodzenie, moją kulturę. I południe przesunęło się wielkim skokiem… na południe.
A potem pierwszy poranek w Kalabrii, w mieście Amantea. Niedziela, ostre słońce, upał, pokój hotelowy wypełnia gryzący dym, wychodzę na balkon, na dole w wyschniętym kanale ktoś wypala rośliny przypominające trzcinę, niski ogień rozchodzi się leniwie i pożera kolejne łodygi. Po torach, wybudowanych pomiędzy plażą a ulicą, z hukiem i zgrzytem przetacza się pociąg. Na dworze trzeba pokonać szorstki opór, jaki przez moment stawia ciału rozżarzone powietrze. Idę przez brudne ulice, wśród fruwających strzępów gazet, toczących się plastikowych butelek po napojach. Wzrasta temperatura, miasto się wyludnia, wszystkie sklepy i restauracje są w dzień zamknięte. Wspinam się, a jakże, ku starej części Amantei, gdzie zostali chyba już tylko ci, których nie stać na przeniesienie się do nowych, wygodniejszych dzielnic. Widzę nędzne, chude i brudne kotki oraz kręcące się przy nich zakatarzone, półślepe kociaki. W kątach podwórek na nielicznych miseczkach leży jedzenie: resztki makaronu z sosem pomidorowym. Kobiety ubrane są na czarno i nawet przy czterdziestu stopniach noszą rajstopy. Nad starym miastem widnieją skały i ruiny, prowadzi do nich kamienista ścieżka przykryta czerwonym chodnikiem imponującej długości, takim, jaki rozkłada się dla młodej pary w czasie ślubu. Dochodzę po nim do zrujnowanego małego kościoła. Na środku nawy głównej stoi drewniane krzesło pomalowane w kolorowe wzory, a na nim duży szklany słój zamknięty pokrywką, wypełniony po brzegi drobnymi, zbrązowiałymi kośćmi. Już wiem, że to jest ziemia, którą pokocham. (…)

„Włochy. Podróż na południe”


Przewijanie do góry